Perissa i wnioski z pobytu na Santorini

Kolejny dzień a Santorini był chyba jeszcze bardziej wyczerpujący. Postanowiliśmy zobaczyć leżącą po drugiej stronie Mesa Vouno Perisse. Ponieważ plan był taki aby opłynąć górę wybrałam się w sandałach. Wszystko się zmieniło kiedy stwierdziliśmy, że 6 euro za 10 min rejsik to sporo tym bardziej, że możemy przejść przez górę^^

img-20160921-00684img-20160921-00699img-20160921-00712

Więc ja w tych sandałach dziarsko wdrapałam się pod górę ponieważ szliśmy ulicą. Schodzenie nie było już tak wesolutkie bo po drugiej stronie ścieżka była kamienista. No ale co ja nie dam rady? Szliśmy z godzinę no ale udało się, nawet nie było tak źle. Polecam sandały z CCC:)

love.png

W Perissie ucieszyła nas piaszczysta plaża – fajna odmiana dla kamienistej. Zrzuciliśmy więc ciuchy i wskoczyliśmy do wody. Potem kebab na obiad i dalej. Tylko gdzie? No to może zachód słońca na latarni? Obojgu nam pomysł się spodobał więc ruszyliśmy w drogę. Szliśmy główną ulicą, potem wg mapy do Vlichada. Kiedy tam doszliśmy miałam już kryzys. Nie wiem ile kilometrów zrobiliśmy ale byłam słaba, obolała  i spocona. Ponieważ stwierdziliśmy, że nie opłaca się wracać, dojdziemy do Akrotiri i tam autobusem wrócimy do domu.

img-20160921-00745img-20160921-00769

Słuchajcie, kiedy ja myślałam, że zbliżamy się do celu okazało się, że zmyliły nas wcześniejsze znaki na Vlichadę i dopiero teraz w niej jesteśmy co oznacza, że do Akrotiri jeszcze kawał drogi. Początkowo myślałam, że kelner, który nam o tym powiedział okłamał nas, ale jednak nie zrobił tego. Kolejna podróż między wzgórzami, dziwne krzyki dobiegające z oddali, gość ze spluwą i co jakiś czas tylko przejeżdżający samochód. Ostatkiem sił doszliśmy do Megalochori i zalegliśmy na kamieniu oczekując na zbawienie – autobus.

img-20160921-00780img-20160921-00786img-20160921-00802

Jak się później okazało zrobiliśmy 15 km! 15 km w pełnym słońcu i sandałach…jestem mistrzem:D Nabawiliśmy się takich pęcherzy na stopach, że reszta pobytu na Santorini była dużo spokojniejsza. Jeden dzień przerwy, opalania i kąpieli w basenie i w czwartek skoczyliśmy zwiedzić Thire. Nie pochodziliśmy zbyt długo ponieważ bolące stopy dały o sobie znać, więc wróciliśmy do hotelu. Pozostałe dni tego urlopu minęły podobnie, postawiliśmy na odpoczynek, leczenie ran, opalanie i zbieranie kamieni.

img-20160923-00847img-20160923-00858img-20160923-00869img-20160923-00875img-20160923-00876img-20160923-00877img-20160923-00884img-20160923-00890img-20160923-00899img-20160923-00901img-20160923-00906img-20160923-00911img-20160923-00916img-20160923-00918img-20160923-00921img-20160923-00922img-20160923-00923img-20160923-00932img-20160923-00942img-20160923-00946img-20160923-00949img-20160923-00962img-20160923-00965img-20160923-00966img-20160923-00974img-20160923-00977img-20160923-00979img-20160923-00985img-20160924-00994img-20160923-00992

Moje przemyślenia na temat wyjazdu na Santorini:

– po dłuższym pobycie nabiera atrakcyjności

– lepiej ogarnąć wycieczkę we własnym zakresie niż przez biuro – nie opłaca się

– trzeba być przygotowanym na wyrzucanie papieru toaletowego do koszy więc na pierwszym etapie związku bym się tam nie pchała

– jest drogo

– jest upalnie więc ciepłe ciuchy są zbędne

– wygodne adidasy obowiązkowo! przydadzą się sandały

– czarny kostium jeśli chcesz skosztować kąpieli w gorących źródłach przy wulkanie – siarka odbarwi Ci jasny kostium

– najlepiej dużo spacerować ewentualnie przemieszczać się autobusami

– nie brać do ręki kaktusa!

– obowiązkowo buty jezuski do chodzenia po wodzie i czapka na głowę

– tona balsamu bo skóra baaaardzo wysycha

– zamiast kupnych pamiątek polecam nazbierać trochę kamieni z plaży – w przeciwieństwie do Sardynii jest to możliwe.

To chyba tyle, jak mi się coś przypomni to dopiszę. A jeśli macie jakieś pytania to pytajcie. Pozdrawiam

 

Reklamy

Od Kamari do Pyrgos Dziki zachód

W nocy przeszła burza wiec dzień trzeci przywitał nas wiaterkiem i ciemnościami za oknem. Ponieważ piesza wędrówka na Mesa Vouno poszła w zapomnienie z powodu śliskich kamieni, po śniadaniu ucięliśmy sobie drzemkę. O 11 słońce już fajnie prażyło więc doszliśmy do wniosku, że trzeba spróbować tym bardziej, że w oddali widać było śmiałków.

img-20160920-00451img-20160920-00462img-20160920-00465img-20160920-00524img-20160920-00533

Po około godzinie doszliśmy do punku gdzie można dojechać samochodem na Mesa Vouno, dalej już trzeba było iść tylko pieszo. Na szczycie znajdowało się starożytne miasto Thira, a właściwie to co po nim zostało oraz piękny widok na Kamari i Perissa. Ruiny miasta, starożytne kolumny, znaki wyryte w kamieniach to na prawdę robi wrażenie.

img-20160920-00498

imag2408
takie niebo

img-20160920-00535img-20160920-00547img-20160920-00553imag2434imag2439imag2441img-20160920-00558

Gdy zeszliśmy z Mesa Vouno musieliśmy podjąć decyzję czy idziemy do Perissa zważywszy, że minęło 6 h od śniadania i słabniemy, czy idziemy dalej. Podjęliśmy decyzję, że zjadamy po rogaliku i wchodzimy wyżej na Profitis Ilias. Szliśmy szlakiem oznaczonym czerwoną kropką jednak szybko przekonaliśmy się, że kropek często nie widać, idziemy na czuja i ciężko to nazwać szlakiem. Minęliśmy kilka osób po drodze i każdy szedł inną drogą… Zaczęliśmy słabnąć, coraz częstsze postoje, większa zadyszka. Trasa momentami to była prawdziwą wspinaczką. Bez wygodnego obuwia nie mielibyśmy szans. Dopadł mnie kryzys. Kiedy myślałam, że doszliśmy na szczyt okazało się, że najgorsze przed nami. Końcówka wody, upał, głód i pot. Trzeba było iść dalej bo schodzenia bałabym się chyba jeszcze bardziej. Wspinaliśmy się i wspinaliśmy, już rozdzieleni. Michał skupiony na robieniu zdjęć a ja na dojściu na szczyt. Na ostatniej prostej miałam dość, szlaku nie było. Michał poszedł przodem, sprawdzał trasę i wołał mnie za sobą. W końcu się udało, doszliśmy na sam szczyt Profitis Ilias gdzie znajduje się baza NATO i jakiś prawosławny klasztor. Odpoczywaliśmy i napawaliśmy się widokiem. Wiecie, w takich chwilach człowiek czuje jakby zdobył co najmniej dwutysięcznik jednak góra ta ma nieco ponad 500 m:P

img-20160920-00565img-20160920-00571img-20160920-00587img-20160920-00589img-20160920-00533

imag2472

Po odpoczynku trzeba było iść dalej, oboje myśleliśmy już tylko o obiedzie. Mogliśmy schodzić drogą podobną do tej którą weszliśmy lub asfaltem. Wybraliśmy asfalt:) Po drodze rósł kaktus, którego owoce ktoś w Thirze sprzedawał na targu wiąc stwierdziliśmy, że się nie otrujemy. Każde nas złapało swój owoc, dobrało się do środka i spałaszowało.

img-20160920-00606

Trochę się przy tym pokuliśmy ale przecież było smaczne. Dopiero potem okazało się, że cały owoc pokryty był mikro kolcami które powbijały się w nasze dłonie. Wyjmowanie tego dziadostwa to była prawdziwa mordęga. Dobrze, że noszę ze sobą obcinacz, który ułatwił nam ich wyciąganie jednak ból towarzyszył nam już do końca dnia. Nigdy, przenigdy nie bierzcie tego do reki!

Szliśmy dalej, droga się dłużyła, jednak szła w dół wiec z lekkością i euforią, czasem objęci, zmierzaliśmy do Pyrgos, żartując i śmiejąc się. Gdy dotarliśmy na miejsce była może 16:00 lub przed 17:00. Nie było tam co zwiedzać, nie było też kebaba, same drogie restauracje więc uznaliśmy, że dojdziemy do Kamari uzupełniwszy tylko zapas wody.

img-20160920-00626
Pyrgos

img-20160920-00620img-20160920-00625

Mieliśmy udać się ulicą do Episkopi Gonias i stamtąd do Kamari. Niestety wpadliśmy na pomysł, że może uda się dojść na skróty w linii prostej. Wiecie, jak człowiek tyle zniósł to wydaje mu się, że zniesie jeszcze trochę. Szukaliśmy jakiegoś przejścia między domami i wypatrzyliśmy opuszczony, stary, kamienny kościół. Uznaliśmy, że trzeba go zobaczyć. Zaczęliśmy schodzić po suchej trawie, ostach i krzaczorach. Nie było źle jednak okazało się, ze dojście do kościoła blokuje rów, nie tak duży ale też nie na tyle mały aby go przeskoczyć. Nie chciało nam się obchodzić wszystkiego dookoła więc zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie i poszliśmy dalej. Droga stawała się coraz trudniejsza, podłoże z twardego zamieniało się w coś na wzór keramzytu – bardzo lekkich kamyków obsuwających się pod nogami. Zaczęliśmy dosłownie zjeżdżać i kiedy wydawało nam się, że już niedaleko do ścieżki okazało się, że pod nami jest mur może dwa metry może trochę więcej. Ani go obejść ani zeskoczyć, myśleliśmy chwilę czy wracać czy coś wykombinować. W pewnym momencie zobaczyłam w jednym miejscu pod murem usypisko keramzytu więc pomyślałam, że to jedyne miejsce w którym można spróbować zejść. Zeskoczyłam i zawołałam Michała a on na to ” jak ty to zrobiłaś? ” 🙂 To połechtało księżniczkową część mnie. Chwila triumfu i poszliśmy dalej. Droga nam się ponownie skończyła a przed nami urósł wielki wąwóz. No to koniec mówię, wracamy. Ale Michał uparł się, że przecież tam już widać drogę, dojdziemy do niej. Zaczął schodzić w dół wąwozu a ja za nim. Piasek wsypywał się do butów i niemalże zjeżdżaliśmy na nim. Zakurzeni, zmęczeni, wyglądaliśmy jak byśmy wędrowali kilka dni. Byłam już zła, kilka razy widzieliśmy łuski po nabojach, zastanawiałam się czy nie wkroczyliśmy na teren prywatny. Jeszcze przypieprzyłam głową w gałąź aż mi chustka spadła. No mowie kuźwa nie, mam już dość, chce wracać. Ale Michał uparcie ciągnął mnie dalej, uspokajał, nie denerwował bardziej. Wiedział, że byłam na skraju wybuchu. Zeszliśmy na sam dół wąwozu, dookoła skały w których gdzieniegdzie znajdowały się tunele jak z horroru. Oglądaliście Wzgórza Mają Oczy? No to tak to wyglądało. Jak stare kopalnie czy coś.

img-20160920-00637img-20160920-00640img-20160920-00645

Znowu wspinaczka pod górę żeby się z niego wydostać, ja już się nie odzywałam, byłam wściekła, chciałam do domu, do ludzi. Zobaczyliśmy, że droga jest niedaleko jednak żeby nie było za łatwo na górce obok stało stado psów, które jak nas zobaczyły zaczęły ujadać i biec w naszą stronę. Wycofaliśmy się. Mówię, że to już koniec, to dzikie psy i jest ich za dużo, nie damy sobie rady. Michał mnie namawiał żebyśmy szli więc kazałam mu iść samemu, zobaczyć jak to wygląda. Michał poszedł a ja w głębi duszy pomyślałam Boże spraw żebyśmy cali i zdrowi wrócili do domu.

img-20160920-00658

Wola mnie „chodź, one są ogrodzone”. No to idę, nie. Okazało się, że ogrodzone były ale ogrodzenie momentami prawie leżało na ziemi więc bez trudu mogły wyjść. Obeszliśmy owe „ogrodzenie” a dwa największe psy zbiegły na dół. Okazało się, że droga na którą chcieliśmy wyjść przebiegała tuż pod bramą wjazdową na ich teren. I w dodatku brama była otwarta. Przywódca stada wybiegł do nas i szczekał. Michał mówi chodź. Bałam się jak cholera ale co miałam zrobić. Wziął mnie za rękę i prowadził a ja nerwowo oglądałam się za siebie. Pies ewidentnie chciał nas przegonić a Michał cały czas powtarzał „nie oglądaj się”!

Kiedy piec przestał za nami biec rozpłakałam się. Zeszły ze mnie wszystkie emocje, cały strach i złość, który towarzyszył mi odkąd zaczęliśmy schodzić. Dla mnie to było zbyt ryzykowne na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Pozdrawiam

Oia miasto zachodzącego słońca…

Oia miasto zachodzącego słońca, niebieskich dachów i ślubów. Tego ostatniego dowiedzieliśmy się od polskiej turystki.

Od przybycia na Santorini zastanawialiśmy się jak będziemy podróżować. Do wyboru były samochody, skutery, quady, rowery i autobusy. Rowery nam odradzono i dobrze. Padło na autobusy i to był strzał w dziesiątkę. Drogi były kręte, wąskie, często nad przepaścią a kierowcy jeździli środkiem. Tereny górzyste dla skuterowego laika byłyby wyzwaniem. Ponadto wyszło najtaniej i nie trzeba martwic się, że coś zginie czy nie będzie gdzie zaparkować.

Do Oia ruszyliśmy zaraz po śniadaniu. Z Kamari udaliśmy się autobusem do Fira a stamtąd przesiadka do Oia. Nie ma połączeń bezpośrednich, wszystkie autobusy odjeżdżają z Fira i do Fira. Bilet kosztuje 1,80 euro.

img-20160923-00832

Oia zwiedziliśmy bez przewodnika i raczej nie jest on potrzebny. Wszystkie ścieżki są bardzo intuicyjne. Kilka godzin czekaliśmy aby zobaczyć obowiązkowy zachód słońca. Nie żeby było w nim coś nadzwyczajnego. Bardziej interesujące było obserwowanie tysięcy ludzi którzy zbierają się tam w tym samym celu. Trzeba pamiętać aby w odpowiednim momencie iść na autobus ponieważ walka o miejsce jest zażarta. Mieliśmy szczęście, że zabraliśmy się pierwszym transportem.

Na Oia polecam zejść do portu i przejść cały deptak kończąc na restauracji z basenem. Znajduje się za wiatrakiem i ma jedno z najlepszych widoków na zachód. Wypoczęliśmy tam po kilku godzinach chodzenia w upale, w górę i w dół. To tyle z atrakcji. Mogę śmiało powiedzieć, że widoki zatarły kiepskie wrażenie po Kamari. Pozdrawiam:)

imag2313

img-20160919-00325

img-20160919-00339

img-20160919-00341

img-20160919-00358

img-20160919-00380

img-20160919-00397img-20160919-00401

img-20160919-00426

imag2361

imag2385

imag2389
Zachod na Oia

Santorini moja podróż – dzień 1

Czemu Santorini? Sama nie wiem ale pamiętacie film Stowarzyszenie Wędrujących Dżinsów? Chyba podświadomie od dziecka marzyłam o miłosnej przygodzie na wyspie z białymi domami i dlatego wybrałam to miejsce.

Postanowiliśmy z nowym starym mężem, że wykupimy gotowa wycieczkę zamiast wyjazdu na własną rękę. Oferta Grecos Holiday za nieco ponad dwa tysiące wydala nam się rozsądna skoro postanowiliśmy trochę zaoszczędzić. Przelot liniami Enterair choć krotki to uciążliwy. Mało miejsca na nogi i twarde fotele dały się we znaki, na szczęście po dwóch i pól h lądowaliśmy na piaszczystym lotnisku w Kamari. Tutaj tez znajdował się nasz hotel Zeus, jako, że ceny za nocleg w stolicy czyli Fira lub słynącym z niesamowitych zachodów Oia są kosmicznie wysokie. Hotel znajdował się jakieś 100 m od plaży, serwował niezłe śniadania, miał malutkie prysznice i pokoiki ze skrzypiącymi drzwiami, bez czajnika i w dodatku to wyrzucanie papieru toaletowego do kosza fuuuj:(

img-20160922-00827
wejście do hotelu

Po podróży byliśmy tak zmęczeni, że na dwie godziny odpłynęliśmy ale o 14:30 trzeba było wstawać na spotkanie się z rezydentem. Dowiedzieliśmy się od niej czegoś o wyspie i o możliwości wykupienia wycieczek fakultatywnych. Ceny wycieczek były po około 40 – 60 euro wiec mocno się nad tym zastanawialiśmy. Na Santorini jest ogólnie drogo. Jeśli chodzi o jedzenie na mieście wszystko wychodzi 4 razy drożnej czyli dokładnie tyle co kurs euro. Chińczyk, pizza czy inny „fast food” około 14 euro, małe piwo 0,3l około 1,30 euro ale w markecie można dostać już za 0,77 centow, bagietka 1 euro, kiełbaski/ parówki około 4 euro. Nam udało się w ciągu dnia znaleźć miejsce gdzie kebab kosztował nieco ponad 2 euro i wpadali tam miejscowi kierowcy wiec był to dla nas znak, że był dobry. Jednak już zakupy na kolacje czyt. „coś na kanapki”, kosztowały nas 20 euro!

Po południu zrobiliśmy mały spacer po Kamari jednak upał dawał się tak we znaki, że postanowiliśmy wrócić na hotelowy basen.

imag2105
kosciolek
imag2108_1
najlepsze poki co
imag2089
plaza
imag2093
okolica:(

Nie zagrzaliśmy tam miejsca bo raz, że współodpoczywacze byli trzy razy starsi od nas a dwa, że nie jesteśmy typem leniucha. Postanowiliśmy udać się na plażę. Długa na dwa kilometry i całkowicie czarna, kamienista plaza nie przypadła do gustu naszym stopom które aż wolały auć, auć, auć. Woda w morzu przyjemna, orzeźwiająca.

img-20160918-00266img-20160921-00681

Tu jednak również nie spędziliśmy za wiele czasu bo wpadliśmy na pomysł pieszej wycieczki w górę Mesa Vouno, prawdopodobnie drugiego co do wielkości szczytu na Santorini.

imag2120

Wybraliśmy trasę do małego sanktuarium jako, że była już późna godzina a kapliczka znajdowała się mniej więcej w połowie wysokości. Na inny dzień postanowiliśmy zostawić sobie wejście na sam szczyt aby zobaczyć pozostałości po starożytnej Thirze. Ścieżka była kręta, wąska i kamienista. Do tego mój lęk wysokości i panika murowana. Widoki jednak rekompensowały wszystko.

imag2127imag2134

Schodzenie choć miej męczące wymagało dużego skupienia bo kamienie były bardzo śliskie, chwila nieuwagi i możliwe zwichniecie. Wracaliśmy już niemalże w pospiechu ponieważ kolo 20 zerwał się wiatr, który robił się coraz silniejszy. Kolo 23:00 zdecydowaliśmy się jeszcze na spacer ale wiatr był tak silny, że nie sprawiało to najmniejszej przyjemności. Wróciliśmy do hotelu. Pozdrawiam:*

 

Stylizacja Esmara Premium

Musiałam się przekonać na własne oczy. Jak poszłam je zobaczyć to wpadłam. Fajne w dotyku, dobre jakościowo materiały, uszyte jak należy. Nie takie szmatki do podłogi jak z popularnej sieciówki tylko na prawdę jakość premium. Zdecydowałam się na dwa sweterki i dwie sukienki, a co:) Poniżej pierwsze wrażenie.

IMAG1911IMAG1901IMAG1895IMAG1897

Sukienka Lidl// Sweter Lidl// Spodnie Zara// Buty Modo